Urodziłem się w mieście pozostałościach czegoś co ludzie dawniej nazywali Paryżem. Podobno była to kiedyś stolica wielkiego państwa, w każdym razie nie jest to teraz ważne. To co z niego pozostało to jedna wielka kupa gruzów i ta wielka metalowa antena niewiadomego przeznaczenia. Nigdy nie interesowałem się za bardzo dawnymi losami ludzkości, nie należałem do grona fanatyków rozpamiętujących to, że Ziemia kiedyś była pięknym miejscem. Dla mnie liczyła się rzeczywistość, czyli jeden wielki zanieczyszczony śmietnik. Moi opiekunowie podzielali w moje zdanie w tej kwestii, dlatego też szybko wyjechaliśmy do ostatniej ostoi cywilizacji Calleh, miejsca w którym mieliśmy rozpocząć nowe życie - lepsze życie. Tak się przynajmniej nam wydawało. Na moje nieszczęście opiekunowie wkrótce po naszym przybyciu do Calleh, zmarli z powodu wyższego niż gdzie indziej poziomu zanieczyszczeń. Tak oto w wieku piętnastu lat pozostałem sam na tym ziemskim padole, bez możliwości utrzymania się.


***


-Kaleb! Chodź tutaj szybko - zawołała mnie właścicielka najsłodszego głosu pod słońcem.

-Już idę - odsapnąłem zdyszany po biegu - Mam tylko tyle - powiedziałem wyciągając z kieszeni garść miedziaków i zepsuty srebrny zegarek.

-Mało - powiedziała skrzywiona - Zwijamy się stąd zanim nas ktoś zauważy.

-Racja - powiedziałem dysząc jeszcze, po czym wszedłem za nią do starego magazynu zamykając za sobą klapę.

Nie mając innego pomysłu na życie zostałem złodziejem, a że nie szło mi w tym najlepiej pewnego razu wpadłem w niezłe tarapaty, z który wyciągnęła mnie Sara - piękna brunetka, z która właśnie rozmawiałem. To ona nauczyła mnie wszystkiego na temat przeżycia w tym opuszczonym przez boga mieście. Nie wiem jak potoczyłyby się moje losy bez niej. W każdym bądź razie od tamtego czasu trzymaliśmy się razem, byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, a może nawet czym więcej. Miałem przynajmniej nadzieje, że kiedyś będę mógł zakończyć taki tryb życia i zacząć zarabiać jak normalni ludzie, choć wątpiłem czy miałem na to jakiekolwiek szanse. Sara zawszę powtarzała, że trzeba być dobrej nadziei. Była niepoprawną marzycielką potrafiła godzinami mówić o tym jakie ona będzie kiedyś prowadziła życie, nie podzielałem jej zdania, ale bardzo lubiłem słuchać jej opowieści. Nie wiem czemu, może dlatego, że dodawały mi one otuchy w tych trudnych czasach i chociaż cień nadziei. Myślę, że ona o tym wiedziała, dlatego tyle mi o tym mówiła. Wspaniała z niej była dziewczyna.

-Co tak stoisz jak ten słup - powiedziała w moim kierunku - obiad sam się nie zrobi.

-Wiem, wiem - powiedziałem drapiąc się po głowie, mimo jej zalet nie potrafiła kompletnie gotować, dlatego ja musiałem się tym zajmować - Już idę.

-Rozpalę piec.

-Dobrze.

Zacząłem obierać cebulę i przebierać w resztkach jakie udało mi się dzisiaj zdobyć na targu za marne grosze, którymi dysponowaliśmy. Nie było to może najsmaczniejsza rzecz jaką jadłem w swoim życiu, ale przynajmniej dostarczała wystarczającej ilości energii na cały dzień,a to było najważniejsze. Zresztą w tej części miasta ludzie tylko od święta mogli pozwolić sobie na coś innego. 

-Ej pośpiesz się z tym piecem, bo musimy to jeszcze ugotować - krzyknąłem w jej kierunku.

-Jak jesteś taki cwany to sam spróbuj rozpalić coś tymi śmieciami - odpowiedziała oburzona, jak zwykle robiąc przy tym swoją słodką minę.

-Daj mi to - powiedziałem i zacząłem grzebać się w śmieciach, ale po chwili rzuciłem wszystko w cholerę - dobra masz rację. Dzisiaj jemy na zimno.

Nie lubiłem zimnych posiłków, ale dziewczyna niestety miała racje, tymi śmieciami nie dało się nic rozpalić. Nie mogliśmy sobie jednak pozwolić na wybrzydzanie, dlatego z uśmiechami na twarzy zjedliśmy wszystko udając przy tym, że nam smakuje. Przez resztę dnia nie wychodziliśmy już z magazynu i tylko przez zasmolone okno obserwowaliśmy zachód słońca za zieloną smugą otaczającą miasto. To był męczący dzień, dlatego też szybko usnęliśmy.


***


W środku nocy obudziły mnie dziwne hałasy, nie przejmowałem się tym zbytnio, bo działo się to dosyć często, na wszelki wypadek postanowiłem jednak to sprawdzić, bo nie należało niczego lekceważyć. Jednego dnia można było obudzić się bez całego dobytku. Chwyciłem ręką wcześniej przygotowaną na taką okazję rurę, po czym zszedłem tak cicho jak to tylko możliwe na dolny poziom. Rozejrzałem się się powoli dookoła i przeszedłem się jeszcze chwilę zaglądając po zakamarkach, żeby sprawdzić czy nikt tam się przypadkiem nie schował. Gdy już miałem zamiar wraca na górę położyć się dalej spać zauważyłem czających się za oknem gwardzistów, pobiegłem szybko na górę z zamiarem obudzenia Sary, ale oni już tam byli i zakuwali ją właśnie w kajdanki, ci na dole widząc moją nagła akcje również wkroczyli szybko do budynku. Spanikowałem nie wiedziałem co robić, serce waliło mi tak jakby miało zaraz wyskoczyć z klatki piersiowej. 

-Tylko spokojnie młody człowieku - powiedział jeden z nich - nie opieraj się, a będziemy delikatnie.

-Akurat! - odkrzyknąłem.

Już ja dobrze wiedziałem co oni robią z takimi jak ja i Sara. Nie było czasu do stracenia, trzeba było się ratować, tylko jak? W akcie desperacji pobiegłem stronę najmizerniej wyglądającego gwardzisty, która na całe szczęście stał przy oknie i rzuciłem się na niego przez co obaj wypadliśmy przez okno. Na całe szczęście jego ciało zamortyzowało mój upadek to też szybko się podniosłem i zacząłem biegnąć co sił w nogach, a w tym byłem naprawdę dobry. Lata praktyki w uciekaniu i dobra znajomość terenu pozwoliła mi się szybko ulotnić z miejsca zagrożenia. Znalazłem się w jakimś bliżej nie określonym budynku, ale było tutaj przynajmniej ciepło. Ja byłem bezpieczny, przynajmniej na razie, ale nie mogłem powiedzieć tego o Sarze. Przez całą noc miałem wyrzuty sumienia, że zamiast jej ratować uciekłem ja tchórz zostawiając ją samą na pastwę losu. 


***


-Hej stary! - ktoś zaczął mną potrząsać - To moje miejsce! Wstawaj!

Moim oczą ukazał się brodaty schorowany starzec, który najwyraźniej miał do mnie pretensje o to, że przespałem tam gdzie on zwykł to robić. Jako, że był już ranek postanowiłem, że nie będę się z nim o to kłócił.

-Dobrze, dobrze bez nerwów. Nie wiedziałem o tym - odpowiedziałem wstając.

-Nic nie szkodzi i tak dzisiaj nie spałem - uśmiechnął się delikatnie przegryzając krakersa - Zresztą rzadko mam tutaj gości. Czasem miło jest się do kogoś odezwać.

-Domyślam się.

-Co cię tutaj sprowadza.

-Nic takiego, musiałem gdzieś przenocować.

-Wyglądasz na zmartwionego - podrapał się po brodzie, po czym dodał - może jednak powiesz mi co cię gnębi.

-No dobrze - rzekłem i opowiedziałem mu co się zdarzyło wczorajszej nocy.

Przyznam szczerze, że nawet mi trochę po tym wszystkim ulżyło jak już się wygadałem. Jeszcze przez chwilę razem rozmawialiśmy na ten temat. Podczas tej rozmowy postanowiłem, że uratuje Sarę za wszelką cenę, chociaż jeszcze nie wiedziałem jak. W każdym razie musiałem to zrobić dla niej i też dla siebie, bo nie mogłem żyć ze świadomością, że jej nie pomogłem. Przez kilka dni pałętałem się po mieście szukając informacji na temat tego, gdzie przechowywani są ludzie pojmani przez gwardię. Wiedziałem, że przez pewien czas Sarze nic nie grozi, dlatego też miałem czas, gorzej było z pomysłami. Chodził bym tak szukając informacji jeszcze przez kilka dni, gdyby nie pewien człowiek imieniem Zora, którego spotkałem w pewnym plugawym barze. Był postawnej postury z dziwnymi tatuażami na całym ciele, które wyglądały na napisy w nie znanym mi języku. Przebywając z nim zdawało się czuć delikatny swąd rozkładającego się ciała, najogólniej mówiąc nie wyglądał na człowieka, któremu można byłoby powierzyć swoje potomstwo pod opiekę. Do jego wizerunku kompletnie nie pasowały za to bardzo czyste i zadbane włosy. Dodawało to szczypty komizmu do worku nienawiści jaki sobą prezentował. Wtedy nie bardzo obchodził mnie jego dziwaczny widok, najważniejsze było to, że posiadał on bardzo dużą wiedzę na temat systemu więziennictwa miasta Calleh, a co najważniejsze powiedział, że za odpowiednią cenę pomoże mi uwolnić Sarę. Nie chciał pieniędzy, tylko przysługi. Ja niezastanawiając się nad tym długo zgodziłem się na jego warunki, nie wiedząc jeszcze wtedy ile będzie mnie to kosztować, ale o tym później.


***


-Dobra jestem gotowy - powiedziałem kończąc zakładać rękawiczki.

-Spokojnie, zmiana warty jest dopiero za godzinę - uśmiechnął się Zora - Nie denerwuj się tak i obserwuj dokładnie teren.

-Łatwo ci powiedzieć - odsapnąłem ironicznie.

-Tak łatwo.

Noc była piękna, prawie bezchmurna tylko od czasu do czasu po niebie przemykała jakaś pojedyncza chmurka, jakby miała zamiar dodać mi otuchy w tych trudnych chwilach, a księżyc to już było istne cudo, tak pięknego jeszcze nigdy nie widziałem. Pełnia niewątpliwie dodawała mu uroku, zdawał się nawet emanować taką dziwną siłą. Nawet ten obrzydliwy zielonkawy smog stracił swój paskudny kolor na rzecz odcieni szarości i zdawał się już tak bardzo nie przeszkadzać jak wcześniej. Byłem pełny nadziei, właściwie była jedna rzecz, która mnie niepokoiła - Zora i ten jego dziwny blask w oczach. Było w tym coś niemalże dzikiego, jakbym obserwował bestię, nie człowieka. Mimo tego wrażenia jakie we mnie wzbudzał jego wypowiedzi zadawały się "przemawiać" za tym, że jest spokojny. Tym bardziej mnie to niepokoiło, ale nie było teraz czasu na wątpliwości, najważniejsza teraz była Sara. 

-Uspokój się - powiedział poklepując mnie po ramieniu - powtórzmy jeszcze raz plan działania, to cię uspokoi.

-Dobra - powiedziałem bez pewności siebie.

Tym dłużej z nim przebywałem, tym szybciej chciałem zakończyć tą znajomość. Gdyby nie ta cała sytuacja w życiu bym nie przebywał w towarzystwie kogoś, aż tak bardzo przerażającego jak on.

-Więc ? - rzucił w moją stronę pytające spojrzenie.

-Plan jest prosty, odłączamy zasilanie, ty robisz zamieszanie, a ja w tym czasie wślizguje się cichaczem i uwalniam Sarę.

-Dokładnie, tym prościej tym lepiej - zarechotał głośno - nie lubię skomplikowanych akcji. Wolę brutalną przemoc.

"Zdążyłem to zauważyć już na samym początku" - tą uwagę wolałem zachować tylko dla siebie, co by nie było wolałem go nie denerwować zbytnio. Uważałem, że lepiej będzie jak skupi swoją uwagę na gwardzista, ja miałem już wystarczająco swoich problemów. Nie chciałem sobie nawet wyobrażać tego co mógłby zrobić jakbym go zdenerwował. Jedyne co wiedziałem na ten temat na pewno było to, że kawał zimnego dupka był z niego jak cholera i zdolny był to czegokolwiek, a może nawet dużo więcej niż czegokolwiek. Obcując z nim czułem się jak człowiek z nogą na minie przeciwpiechotnej, która może wybuchnąć w każdej chwili bez ostrzeżenie, gdy tylko zrobimy jeden nie właściwy ruch. Z tego też powodu byłem bardzo ostrożny, normalnie jestem ostrożny w kontaktach z ludźmi, ale teraz moja ostrożność wkroczyła na zupełnie odmienny poziom. Nie chętnie to przyznaje, ale ten dreszczyk emocji sprawiał mi leciutką przyjemność.

Gdy tak sobie rozważałem na temat postaci Zory i przyglądałem się blaskowi księżyca rzeczona wcześniej godzina upłynęła zanim zdążyłem się zorientować. Wybiła odpowiednia godzina, gwardziści właśnie rozpoczynali zmianę warty. Teraz albo nigdy pomyślałem.

-Ruszajmy – powiedział stanowczym głosem Zora.

Spojrzałem mu w oczy, obaj wiedzieliśmy co mamy robić. Bez słowa udaliśmy się w stronę kabli wysokiego napięcia. Przymierzyłem się trochę i jedynym strzałem przestrzeliłem jeden z nich, dzięki tłumikowi nie zrobiłem dużego hałasu, zresztą było to bez różnicy. Strażnicy byli już zaalarmowani nagłym zanikiem prądu. Nie było czasu do stracenia, gdy tylko się obejrzałem za siebie mój „przyjaciel” był już w połowie drogi do celu. Na mnie też już czas.

-Cholera, ten piasek jest naprawdę uciążliwy – powiedziałem pod nosem – Dlaczego też musieli to zbudować na takim pustkowiu?

No cóż nie czas był na to, żeby się nad tym zastanawiać. Dotarłem na miejsce i zarzuciłem sieć linę z hakiem na mur, po czym zwinnie niczym zwierz wdrapałem się na mur. Nikogo tu nie było, wszyscy pewnie zajęci byli teraz Zorą. Ukradkiem wśliznąłem się do więziennych baraków i odszukałem blok kobiecy. Był podzielony na dwie osobne części, szczerze nie wiedziałem, którą wybrać, więc udałem się do pierwszej z brzegu uważając to za dobry wybór. Kiedy miałem już chwytać za klamkę usłyszałem przerażające pojękiwania z przed bramy i jakby lwi ryk, bardzo mnie to przestraszyło, dlatego też czym prędzej wszedłem do środka zamykając za sobą dokładnie drzwi. Zaraz za wejściem spał rozłożony na krześle gwardzista. Szczęśliwi głupiec o mineła go cała frajda z moim towarzyszem. Pewnie pozostawiłbym go przy życiu, gdyby nie to, że ze względu na Sarę nie mogłem zbytnio ryzykować, dlatego też przystawiłem mu końcówkę mojego gnata do skroni i opaliłem. Jego krew wraz z tkanką mózgową rozbryzgała się na wszystkie strony, wtedy zdarzyło się mi to po raz pierwszy podniosłem jego głowę, a raczej gówno jakie z niej zostało i wsadziłem do środka przez nowo powstały otwór palce, maczając je w świeżej krwi. Następnie wylizałem je, nie wiem czemu, ale sprawiło mi to taką radość, że nie jestem w stanie tego opisać, żadna używka wcześniej nie dała mi tego, co czyn, który wcześniej zrobiłem. Czułem się jak władca życia i śmierci, czułem się pobudzony. Pobudzony seksualnie, jak dziki zwierz wdarłem się do jednej z cel i rozdarłem ciuchy jednej z więźniarek, po czym zanurzyłem w niej mojego członka, nawet się nie opierała, suka pewnie była już przyzwyczajona do takiego traktowania, a może to element zaskoczenia tak na nią podziałał. Zresztą nie ważne, liczyło się tylko to co ma między nogami. Robiłem to z taką siłą, że stara zardzewiała prycza niemalże się rozleciała. Musiała cierpieć, ale tym bardziej mnie podniecało nie mogłem się opanować. Po wszystkim wbiłem jej nóż prosto w serce i spijałem jej krew. Tak to było doskonałe. Nie potrafię nazwać tego jakim ja byłem wtedy potworem, ale najgorsze w tym wszystkim było to, że osobą której to zrobiłem była właśnie Sara. Moja Sara...


***


-Od dzisiaj zwać się będziesz Ken - powiedziała bestia - Miłością twą jedyną będzie mrok i ja jej zielona posłanniczka.